Perfekcyjna kobieta w domu i w pracy.
Tekst Katarzyny Troszczyńskiej o przemęczonej Matce Polce, która pisze list do rodziny, bo zamierza uciec z domu obrazuje schematy wciąż naturalne w wielu polskich rodzinach:
„Może docenicie to, że jestem, a nie będziecie traktować mnie jak panią: „przynieś, wynieś, podaj, pozamiataj”. Bo serio, nie jest łatwo ogarnąć rodzinną przestrzeń.
Zadzwońcie jak to wszystko ogarniecie, bo wymiękam.
Wasza Perfekcyjna żona i matka.
P.S. Tak, wciąż Was kocham. Ale potrzebuje odetchnąć. ODETCHNĄĆ.”
Scenariusz nr 1.
Pewnie znacie to, kiedy otwieracie oczy i szykując się do wyjścia poganiacie dzieci, w biegu śniadanie, wszystko w napięciu, bo czas, bo stres, bo korek. W pracy dzień z tych, kiedy nie wiesz w co ręce włożyć, jesz na stojąco, albo nie jesz wcale. Wracasz i znowu tempo, tempo. Spełniasz oczekiwania rodziny, znajomych bliższych lub dalszych. No dobra, zrobiłaś coś dla siebie – przecież byłaś w tym tygodniu raz na basenie. Teraz trzeba nadrobić zaległości: sprzątanie, gotowanie, zakupy, pranie.
Scenariusz nr 2.
A może inny scenariusz jest Ci bliższy: jesteś mamą małych dzieci, które nie mogą jeszcze zostać same w domu, więc albo jesteś z nimi, albo je odwozisz do przedszkola, babci, czy niani. I wracasz z powrotem, bo masz pilne zlecenie do zrobienia. Siadasz do komputera, działasz, spieszysz się – Boże, już czas po dzieci, a Ty nawet nie zjadłaś! Wskakujesz w auto i gaz do dechy. Głodna, zestresowana, wbiegasz do domu i w pędzie sprzątasz, gotujesz, ogarniasz dzieci, rozdzielasz kłócących się, godzisz ich, już resztkami sił. Wpadają goście i kątem oka widzisz grymas na ich twarzach z powodu bałaganu, który zastali u Ciebie. Przecież wg ich wiedzy jesteś w domu, nie pracujesz, więc powinnaś mieć porządek i błysk w każdej szafce, a w piekarniku pachnące ciasto. Skoro tego nie masz, to: albo z Ciebie leń, albo jesteś nierozgarnięta!
Drzemiąca Etna.
I już niewiele Ci brakuje, żeby eksplodować. I albo zaczynasz się tłumaczyć, co Cię w gruncie rzeczy wkurza, bo niby dlaczego musisz komuś coś udowadniać? Albo resztkami sił udajesz, że nie widziałaś ich min i gadacie dalej. Dopiero po ich wyjściu Twoja złość wybucha – dostaje się mężowi, dzieciom, a na końcu i tak powiesz sobie samej, że jesteś beznadziejna, bo nie dajesz rady z tym wszystkim.
Jam sobie to, nie chwaląc się, uczyniła.
Tak kobiety – my uwielbiamy się obarczać obowiązkami ponad siły i obwiniać za to, że nie jesteśmy dość dobre, wystarczająco zorganizowane, zadbane, poukładane, takie, czy siakie. Częściej krytykujemy siebie, niż chwalimy. Częściej zrobimy coś za kogoś, niż oddelegujemy zadanie. I jak tu się nie przemęczać, nie frustrować, jak dbać o ognisko domowe w takim stanie, jak być wydajną w pracy, jak być kobietą szczęśliwą i spełnioną?
Moim zdaniem przepisem na szczęście, jest dobre poznanie samej siebie, swoich granic, potrzeb i wartości oraz umiejętność ich komunikowania. Co z tego, że ja wiem, że potrzebuję wsparcia przy gotowaniu, kiedy nikt się o tym nie dowie, albo wywrzeszczę to dopiero wtedy, gdy już żale wyleją mi się uszami? Tylko że w krzyku nikt nie usłyszy naszej potrzeby. Wtedy druga strona nie jest skłonna do empatii, a raczej do obrony swoich granic, do ochrony siebie przed pretensjami, obelgami, czy płaczem strony atakującej.
Te nowości nie są dla matki z trójką maluchów.
Co zatem można zrobić? Można nauczyć się tak komunikować swoje potrzeby, by nie były one żądaniami, a prośbami, by szanowały one granice i prawa zarówno nasze, jak i rozmówców. Na takich zasadach oparta jest metoda porozumiewania się bez przemocy, a przemoc = przymus (wobec siebie i innych). Zakochałam się w tej metodzie już kilka lat temu, kiedy odkryłam, że do moich dzieci mówię językiem, jaki znałam: poprzez NIE, zakazy, nakazy i szantaże. Było mi z tym źle, a jednocześnie nie wiedziałam, jak to zrobić inaczej. Wtedy przeszukując internet i portale parentingowe natknęłam się na tzw. język żyrafy. Moją początkową reakcją było niedowierzanie, że to jest możliwe, kiedy jest się mamą trójki malutkich dzieci (syn miał 21 m-cy, kiedy urodziły się nasze bliźniaki), wiecznie przemęczoną, niedożywioną i zamkniętą w domu. Myślałam, że to „całe porozumienie bez przemocy” jest dla par, które mają jedno dziecko, czyli proporcja 2 na 1, a nie 1 (czy 2) na 3. Jednak pchana miłością do dzieci i chęcią zmiany kopałam w sieci dalej. I zaczęłam stosować. Oczywiście początkowo na 20 prób jedna była udana. Nie poddawałam się. I tak zostało mi do dziś, wciąż jestem w procesie, jednak mogę o sobie już powiedzieć, że jestem praktykiem NVC, czyli komunikacji bez przemocy. I chcę o tej metodzie pisać, mówić, przekazywać jej zasady innym, bo wiem, ile dobrego wnoszą w życie, w każdym jego aspekcie: w rodzinie, w pracy, wśród znajomych.
Podejmuję wyzwanie.
W marcu tego roku Monika Szczepanik, autorka znanego bloga o języku żyrafy, jedna z polskich espertek porozumienia bez przemocy, którą traktuję jak swoją mentorkę w tej kwestii, zaproponowała mi współprowadzenie warsztatu w Tarnowie po wakacjach. I tak od słowa do słowa, od maila do maila, udało nam się dograć szczegóły naszego wspólnego wrześniowego warsztatu o sztuce rozmawiania, czyli „Jak prowadzić konstruktywny dialog z poszanowaniem potrzeb i granic obu stron” (dokładny jego opis jest w zakładce Aktualności –> ZAPISY NA WARSZTATY).
Wiem, że czytelniczkami Kobiecej Siły są kobiety z różnych miast, a nawet krajów i kontynentów.Dlatego podaję kilka źródeł, z których można czerpać wiedzę o PbP: tu, tu i tu.
Myśli, mowa i uczynki.
Drogie Kobiety, mamy, singielki, partnerki, pracujące i urlopujące się, proszę Was – nie bierzcie za dużo na swoje głowy! Bądźcie dobre dla siebie i asertywne wobec innych, bo komunikacja bez przemocy cechuje się wysokim poziomem asertywności. A wszystkim będzie żyło się lepiej! Nie jest łatwo zmienić nawyki komunikacyjne, jednak gra warta świeczki. Chodzi o jakość życia, o dolce vita, bo przecież ona też jest w naszym zasięgu. Bo dobre życie, to stan umysłu. I zadbajmy o to, by myśli nam służyły, by wspierały nas, a nie sączyły nam niezadowolenie i frustrację do głowy. Bywa tak, że najpierw zaczynamy mówić inaczej, a zmiana myślenia przychodzi z czasem. Niektórym prościej jest zapanować nad językiem, niż nad myślami, innym odwrotnie.






