Jaka jest definicja sukcesu?
Według Słownika j. polskiego pojęcie „sukces” definiujemy dwojako:
- «pomyślny wynik jakiegoś przedsięwzięcia, osiągnięcie zamierzonego celu»
- «zdobycie sławy, majątku, wysokiej pozycji itp.»
Czy te definicje są pełne?
Uważam, że nie! A wręcz bardzo ograniczają szerokie wg mnie pojęcie sukcesu/zwycięstwa/osiągnięcia.
Dla mnie miarą sukcesu jest poczucie spełnienia.
A to z kolei bardzo wiąże się z wartościami, które wyznaję.
I z radością życia – bezwględnie!
Jak zmierzyć sukces?
Codzienne życie jest pełne sukcesów, jeśli nauczymy się je zauważać i połączymy je z wdzięcznością. A wdzięczność czujemy wtedy, gdy dotyczy spraw, które mają dla nas znaczenie, które się dla nas liczą.
I tu znowu wracamy do wartości.
Czyli, żeby stworzyć własną definicję sukcesu, trzeba najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie: Co jest dla mnie ważne?
Czy samo zrealizowanie projektu jest już sukcesem, czy może zrealizowanie projektu + wartość dodana, jak np. jego użyteczność, otrzymanie stosownej zapłaty za pracę przy nim, czy możliwość rozwoju?
Temat nie jest prosty.
Opowiem Ci historię.
Pewna studentka italianistyki dorabiała na tłumaczeniach wyjeżdżając z grupami Polaków do Włoch. Jednym z punktów programu pewnego wyjazdu było spotkanie ze znanym włoskim pisarzem, który okazał się przesympatycznym staruszkiem. Mario Rigoni Stern podarował tłumaczce jedną ze swoich książek i rzucił mimochodem, że marzyłoby mu się, żeby dziewczyna przetłumaczyła tę opowieść na język polski.
Włoscy przyjaciele tłumaczki omal nie umarli z zachwytu, że to właśnie ona dostała taką propozycję od włoskiego pisarza. Tłumaczka nie była początkowo entuzjastycznie nastawiona do tego przedsięwzięcia, lecz widząc entuzjazm włoskich przyjaciół nabrała ochoty. Po powrocie na studia powolutku tłumaczyła strona po stronie, gdzieś pomiędzy zajęciami i podróżami na trasie akademik, uczelnia, dom. Nie miała laptopa, więc wszystko przechowywała na kwadratowych dyskietkach. (Ktoś jeszcze je pamięta?). Zakończyła książkę. Pojechała kolejny raz do Włoch i na spotkaniu z tymże pisarzem dowiedziała się, że teraz w jej gestii jest znalezienie wydawcy. Droga od napisania tłumaczenia, do wydania książki trwała kilka lat, nieprzyjemnie ciągnęła się i miała sporo zakrętów. Dzięki życzliwości i zaangażowaniu wielu ludzi projekt zakończył się wydaniem polskiego tłumaczenia.
W dniu premiery tłumaczka żyła już w inne rzeczywistości. Była już po studiach i wyjechała na delegacę do Turynu – pracowała we włoskiej spółce obsługującej księgowość FIATA. Otrzymała kilkanaście egzemplarzy od wydawnictwa w prezencie, nawet dosłano jej jeden do Turynu. Jest jedno „ALE”: nie miała z kim świętować swojego sukcesu, bo zbyt krótko znała swoich kolegów/koleżanki z włoskiego biura. Świętowanie odbyło się dopiero po powrocie do kraju w bardzo wąskim gronie.
Patrząc z boku był to wielki sukces, udało się wydać książkę, nad tłumaczeniem której tak długo pracowała. Lecz brak możliwości celebrowania z bliskimi ludźmi tego sukcesu sprawił, że ten sukces był jak nieprzyprawiona zupa dyniowa – bez smaku.
Jak się pewnie domyślasz, to ja byłam tą tłumaczką.
Krótką notkę o książce możesz zobaczyć tutaj. Tamto wydarzenie bardzo wpłynęło na moją dzisiejszą wizję sukcesu.
Celebrowanie sukcesów / osiągnięć / zwycięstw.
Sukces nie jest to dla mnie tylko i wyłącznie efektem finansowym, czy doprowadzeniem jakiegoś projektu do finału. Sukcesem jest to, co osiągnęłam żyjąc w zgodzie z moimi wartościami w warunkach, które pozwalają mi cieszyć się życiem.
- Sukcesem jest to, że syn spontanicznie mnie przytuli i powie do ucha „Kocham Cię, mamusinko!”
- To telefon od przyjaciółki, która zadzwoni dokładnie wtedy, kiedy bardzo tego potrzebuję.
- To szczęśliwa klientka, która mi powie: „Gabrielo, bardzo mi pomogłaś, odblokowałaś mnie i pomogłaś rozwiązać to, z czym borykałam się od wielu miesięcy. Znów mam energię do działania!”.
I takie chwile chcę pamiętać! Te momenty nazywam nićmi, z których utkana jest moja własna pajęczyna sukcesu. Te drobne wydarzenia, słowa i gesty, które mieszczą się w ramach moich wartości, za które jestem wdzięczna i które chcę świętować każdego dnia, choćby tym, że z uśmiechem opowiem o tym bliskiej mi osobie. A czasem nie muszę mówić – po prostu popatrzę w lustro i zobaczę radosne oczy spełnionej kobiety.
Świat widzi to inaczej.
Moje zdanie jest takie, że sukces nie zawsze wiąże się z wpływami na konto. Uważam, że satysfakcja finansowa bez wartości dodanej dla sprzedającego i nabywcy jest tylko efektem transakcji kupna-sprzedaży, a nie miarą sukcesu. A na tym opiera się dzisiejszy świat. Może dlatego tak trudno mi się w nim czasem odnaleźć? Czy moje pojmowanie „sukcesu” jest słuszne, tego nie wiem, jednak mam prawo do rozumienia go na własny sposób. I powiem więcej: pomimo, że moja definicja jest odmienna od tej powszechnej, czuję się kobietą sukcesu!
A na ted.com możesz posłuchać, co o sukcesie mówią inni.
Czy Ty uważasz się za kobietę sukcesu?
Jaką miarą mierzysz swój sukces?






